piątek, 4 maja 2012

Zakręceni w fotografii

Pasjonaci fotografii potrafią być tak zakręceni w tym co robią, że niekiedy warto ich samych fotografować. Należy tylko zwrócić uwagę, żeby w kadrze oprócz pasjonata tez uwzględnić statyw, bowiem bez niego fotograf będzie wyglądał jak japoński turysta.


Podczas naszej ostatniej wizyty w Nevadzie przyłapałem Martę jak serfuje na skalnych falach razem ze swoim statywem.


A gdzieś w Arizonie uwieczniłem Jerzego, który tańczył tango ze swoim trójnogiem. Kompletnie zakręceni :-)

środa, 2 maja 2012

Treking do Subway

Subway w Zion to szczególne miejsce, które dla fotografów ma już miano kultowego. Może nie dla każdego fotografa, bowiem wymaga średniej kondycji, nie tyle, coby tam zejść a bardziej, żeby wrócić. A wrócić trzeba tego samego dnia, bowiem park wydaje limitowane zezwolenia (kilkanaście na dobę) bez możliwości nocowania. Tuż przed zejściem sprawdzam zawartość plecaka: aparat, obiektywy, upiornie ciężki statyw, 2 litry wody, orzechy wymieszane z suszonymi owocami, a na wypadek gdyby trudno było wrócić dorzuciłem też polar, rękawice i czapkę. Mój mały plecak był wypełniony po brzegi ale kiedy zobaczyłem co Bronek zabiera to poczułem się lżej i bezpieczniej, szczególnie myślę o zestawie na odsysanie jadu węża :-) Miał On też GPS, który po części sprawi, że staniemy się dość popularni w tym regionie.
Treking do Subway zaczyna się od bardzo stromego zejścia i kiedy dotarliśmy na sam dół, Bronek spojrzał do góry z pewnym wyrazem zwątpienia co do powrotu. Reszta szlaku prowadziła wzdłuż potoku i co chwile byliśmy zmuszeni go trawersować w celu znalezienia bardziej przyjaznego brzegu.


Tak wyglądało tuż przed wejściem do Subway, w przodzie trójka szczęśliwców a w tle charakterystyczny kształt przypominający podziemne metro, z tą różnicą, że zamiast torów można tam znaleźć prawdziwe cuda natury.


To co mnie najbardziej urzekło to światło, które w połączeniu z mrocznością nadawało temu miejscu unikatowy charakter oraz ta nieziemska kolorystyka.


Bronek oklepanych kadrów raczej nie toleruje, więc cyknął może ze dwa zdjęcia i postanowił wracać. Zanim go dogoniliśmy, zrobiło się już szarawo a do stromego podejścia wciąż mieliśmy dobry kilometr. Po kwadransie, kanion pogrążył się w egipskich ciemnościach. Nagle w oddali widzimy migocące światełka i słyszymy chóralne HELP. W grupie było trzech chłopaków z Kalifornii oraz młode małżeństwo z Zachodniej Wirginii i nie bardzo wiedzieli, w którym miejscu należy zacząć wspinaczkę, żeby wyjść z kanionu. Ten punkt, nawet za dnia jest bardzo łatwo przeoczyć i strażnicy parku sugerują, żeby to kluczowe miejsce zapisać w GPS co nasz zaradny Bronek dokładnie poczynił.
Grupa z Kalifornii była nie gorzej wyposażona niż my, natomiast para z Wirginii była kompletnie nieprzygotowana. Nawet nie mieli ze sobą latarki co miało o tyle szczególne znaczenie, że dziewczyna miała wadę wzroku, polegającą na zaburzeniu widzenia w warunkach słabego oświetlenia (pot. kurza ślepota).
Bronek z satelitarną precyzją doprowadził nas do miejsca gdzie zaczynało się podejście. Przy samym podejściu rolę przewodnika przejął Jerzy a ja nie chcąc być gorszy odstąpiłem swoją latarkę dziewczynie. Doprowadziliśmy całą ekipę do celu i podziękowania nie miały końca. Następnego dnia w lokalnej gazecie na pierwszej stronie widniał tytuł: Polacy uratowali grupę Amerykanów, którzy utkwili w Subway, nawet oddali swoja latarkę niewidomej dziewczynie :-). Oczywiście nie trudno się domyśleć, że ten tytuł to nam się zbiorowo przyśnił:-)

sobota, 21 kwietnia 2012

Bajeczne piaskowce

W Nevadzie jest park Stanowy zwany Valley of Fire (Ognista dolina),  w której kalejdoskop kolorów to niczym pokaz fajerwerków w otoczeniu wszędobylskiej szarości.  Razem z Martą odwiedziliśmy to miejsce w połowie kwietnia i postanowiliśmy odnaleźć tam malutką jaskinię, którą w 1978 roku, fotograficznie odkrył  David Muench. W celu jej ochrony przed "ludzką" erozją namiary do tej jaskini nie są oficjanie podane, nie prowadzi do niej wyznaczony szlak, nie ma też żadnych drogowskazów.  Trzeba ją szukać i to poszukiwanie jest samo w sobie świetną zabawą.


Kiedy już ją się znajdzie, można zrobić w niej zdjęcie tylko z jednego położenia, wymuszonego przez ograniczone rozstawienie statywu i to w najniższej pozycji. Trudno więc o kreatywność ale światło w jej wnętrzu i wystrój są godne tysiąca kopii.  Może mniej niż tysiąca, bowiem najpierw trzeba ją  wytropić :-)

czwartek, 23 lutego 2012

Traper

Biały Kieł to ulubiona książka z okresu dzieciństwa, która nieraz wypełniała moje marzenia o traperskim życiu, gdzieś w dalekiej Alasce. Po części te marzenia się spełniły, bowiem zamieszkałem po drugiej stronie oceanu, ale od Alaski nadal dzielą mnie tysiące kilometrów. Nie tropie zwierzyny ale zamiast tego tropie złe geny, które wywołują nowotwory i staram się coś zrobić, żeby je wyciszyć.


Czasami z nostalgią spoglądam na zdjęcie z rakietami śnieżnymi, które zrobiłem w mroźnej prowincji Quebec. Myślę sobie wówczas, że bycie traperem byłoby dużo mniej frustrujące niż bycie biologiem molekularnym. Ale, co tam ... ostatnim prawdziwym traperem był ojciec Jacka Londona, więc lepiej wrócić do rzeczywistości :-)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Czerwone stodoły

Czerwone stodoły są bardzo popularne w pólnocno-wschodnim regionie USA zwanym Nową Anglią.  Są one czerwone, bowiem w dawnych czasach czerwoną farbę mógł zrobić każdy gospodarz, mieszając odtłuszczone mleko z wapnem i tlenkiem żelaza, czyli rdzą. 


Dzisiaj w Nowej Anglii nadal maluje sie stodoły na czerwono, chociaż używa się do tego gotowe farby z syntetycznym barwnikiem, oczywiscie dużo bardziej czerwonym niż rdza.
 
 

Gdyby mieszkaniec Vermont, Massachusetts , czy Maine pomalował swoją stodołę w innym kolorze niż czerwony to chyba zostałby przymusowo wysiedlony. I trudno się temu dziwić zważywszy, że biały kościółek i czerwona stodoła to architektoniczna wizytówka tego regionu.

środa, 8 lutego 2012

Pełnia

Dzisiaj mamy pełnie księżyca, a pełnia zaburza nie tylko rytm biologiczny, ale i jasność myślenia,  zatem dzisiejszy wpis będzie krótki :-)


Kiedyś, podczas pełni przydarzyła mnie sie fajna przygoda, jej opis można znaleść tutaj.

piątek, 3 lutego 2012

Kura z jabłkami

Kura z jabłkami to nie przepis na niedzielny obiad , to bardziej recepta jak zamieszkać w starym młynie, recepta, którą chciałbym sam bardzo poznać. W ostatnim wpisie, pokazałem młyn, zamieszkały przez tajemniczego gospodarza.  Co jesień wypełnia On beczkę jabłkami, które  świeżym kolorem i zapachem zapraszają w progi jego domostwa. Mam ochotę zapukać do drzwi, przedstawić się po czym okazać  gospodarzowi szacunek, że mlyńskie koło wciąż sie kręci, ale odwaga w ludzkich relacjach raczej nie leży w mojej naturze :-)


Kiedy byłem tam ostatnio, jabłek już nie było ale za to na świeżym śniegu, kura stała na jednej łapce jakby ktoś ja zamienił w malowane drewno.   
Ciekawe czy spotka ją podobny los, który spotkał jabłka. A może przepis na kurę z jabłkami naprawdę istnieje ? Jeśli ktoś zna, proszę o przepis  :-)