Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Appalachy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Appalachy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Samotność pioniera

Stalo się tradycja, ze co roku w długi majowy weekend (Memorial Day) z grupa znajomych wybieramy się na kemping. Każdego roku jest to inne miejsce, tym razem wypadło na stanowy park Hickory Run w Pensylwanii, miejsce dość unikatowe, szczególnie dla zainteresowanych geologią. Przez tysiące lat, cykle zamrażania i rozmrażania, kruszyły skały do małych głazów, które staczając się ze stoku wypełniły plaski obszar o wymiarach kilku boisk piłkarskich. Równie imponująca jest 4 metrowa warstwa, na tyle głęboka, ze nie daje szans roślinom na zasiedlenie ukamienowanej doliny.
Wyjątkiem jest jedna sosna, której karłowatość oraz kształt wyraźnie wskazuje jak nieprzyjazne jest to środowisko. Jest ona samotnym pionierem, któremu należny się ukłon za odwagę i danie przykładu, że w życiu wszystko jest możliwe. Z jednej strony jest to optymistyczny wątek ale z drugiej wiele jest w tym smutku i prawdy o przygnębiającej samotności, która w przyrodzie występuje tylko w skrajnych sytuacjach.


Możliwe, że w tym miejscu nasza tradycja spotkań nabrała głębszego znaczenia. Widok samotnej sosny uświadomił każdemu z nas jak dobrze mieć grupę znajomych i przyjaciół. Czasami warto spotkać się na żywo, w dużym gronie, gdzieś daleko od domowych wygód, od internetu, który wobec wielu swoich zalet tak naprawdę przyczynia się, ze ludzie staja się coraz bardziej samotni.


Hickory Run jest w Appalachach i jest tam kilka fajnych szlaków. Jeden z nich, barwnie zwany - rożne odcienie śmierci ( Shades of death) - okazał się zaowocować całkiem eksperymentalnym ujęciem wodospadu.
 

Wyprawę wszyscy przeżyli i następnego dnia w całości wróciliśmy do swoich domów.

czwartek, 26 maja 2011

Wodospady z Appalachów

Nie lubię deszczu, który ciągnie się dniami niczym monsun. Właśnie taki deszcz okradł mi cały majowy tydzień. Był to tez tydzień, kiedy odwiedziła mnie siostra z mężem, jechali dobre 700 km z Montrealu, żeby zaznać prawdziwej wiosny a tutaj wokół same kałuże i szarówka jakby to był Quebec :-) . Ku naszemu zdumieniu, w sobotę (21 maja) wyszło słonce, a przecież wg. jakieś przepowiedni ten dzień miał być końcem świata. Korzystamy wiec z okazji i rozkoszujemy się ostatnim dniem na ziemi, podziwiając wodospady w pobliskich Appalachach. Liczyłem, że po takich deszczach wodospady będą wyglądać inaczej niż zwykle. Były one przytłaczające ze względy na masę spływającej wody a zarazem bajecznie się komponowały w majowej zieleni.


Ten wodospad to Buttermilk Falls, który kilka lat temu był raczej mało znany a teraz coraz więcej ludzi o nim wie i nie ukrywam, iż z tego powodu jestem trochę zazdrosny o ten przyrodniczy klejnot w New Jersey.


A tutaj to wodospad zwany Silver Thread, jest on już po drugiej stronie rzeki Delaware w Pensylwanii. Na co dzień wygląda jak srebrna nitka a tego dnia prezentował się jak gobelin wyhaftowany z tej nici.


Deszcze minęły i nadeszły słoneczne dni, których światło tworzy wodospady z kwiatów rododendronu. Taki rododendronowy wodospad mamy tuz obok naszego domu, w naszym ogrodzie, którego twórcą i opiekunem jest moja żona, ogrodnik z prawdziwą pasją.