poniedziałek, 20 lutego 2012

Czerwone stodoły

Czerwone stodoły są bardzo popularne w pólnocno-wschodnim regionie USA zwanym Nową Anglią.  Są one czerwone, bowiem w dawnych czasach czerwoną farbę mógł zrobić każdy gospodarz, mieszając odtłuszczone mleko z wapnem i tlenkiem żelaza, czyli rdzą. 


Dzisiaj w Nowej Anglii nadal maluje sie stodoły na czerwono, chociaż używa się do tego gotowe farby z syntetycznym barwnikiem, oczywiscie dużo bardziej czerwonym niż rdza.
 
 

Gdyby mieszkaniec Vermont, Massachusetts , czy Maine pomalował swoją stodołę w innym kolorze niż czerwony to chyba zostałby przymusowo wysiedlony. I trudno się temu dziwić zważywszy, że biały kościółek i czerwona stodoła to architektoniczna wizytówka tego regionu.

środa, 8 lutego 2012

Pełnia

Dzisiaj mamy pełnie księżyca, a pełnia zaburza nie tylko rytm biologiczny, ale i jasność myślenia,  zatem dzisiejszy wpis będzie krótki :-)


Kiedyś, podczas pełni przydarzyła mnie sie fajna przygoda, jej opis można znaleść tutaj.

piątek, 3 lutego 2012

Kura z jabłkami

Kura z jabłkami to nie przepis na niedzielny obiad , to bardziej recepta jak zamieszkać w starym młynie, recepta, którą chciałbym sam bardzo poznać. W ostatnim wpisie, pokazałem młyn, zamieszkały przez tajemniczego gospodarza.  Co jesień wypełnia On beczkę jabłkami, które  świeżym kolorem i zapachem zapraszają w progi jego domostwa. Mam ochotę zapukać do drzwi, przedstawić się po czym okazać  gospodarzowi szacunek, że mlyńskie koło wciąż sie kręci, ale odwaga w ludzkich relacjach raczej nie leży w mojej naturze :-)


Kiedy byłem tam ostatnio, jabłek już nie było ale za to na świeżym śniegu, kura stała na jednej łapce jakby ktoś ja zamienił w malowane drewno.   
Ciekawe czy spotka ją podobny los, który spotkał jabłka. A może przepis na kurę z jabłkami naprawdę istnieje ? Jeśli ktoś zna, proszę o przepis  :-)

wtorek, 31 stycznia 2012

Facebook i stary młyn

W dniu publikacji tego wpisu, facebook ma na swoim koncie około 90 miliardów zdjęć, każdego dnia pojawia się tam 200 milionów zdjęć. Gdyby nadal wierzyć, że zdjęcie jest warte tysiąca słów to facebook miałby ich 90 bilionów. Jest to kosmiczna liczba, która niesie za sobą pewne konsekwencje dla fotografii.  Dzisiaj fotografia jest tak powszechna, iż trudno w niektórych zdjęciach dopatrzeć się owych tysiąca słów. Ta powszechność, powoduje, iż mniej ludzi ceni sobie fotografię jako prawdziwą sztukę. Fotografia staje się nudna, bowiem co raz więcej jest w niej zbędnych słów.


Ten stary młyn, stał się ostatnio moim ulubionym tematem. Odwiedziłem go już mnóstwo razy, oglądałem go z każdej strony, o różnych porach dnia. „Zaprzyjaźniłem” się z tym młynem, żeby skomponować jedno zdjęcie, z nadzieją, że będzie ono warte tysiąca słów, tych konkretnych słów.
Jest to stary młyn, który wciąż ma swojego gospodarza, a przecież obok płynie czas, w którym co sekundę na facebook pojawia się 2314 zdjęć ;-)

czwartek, 19 stycznia 2012

Fotografia i malarstwo

Kilka dni temu czytałem wpis Kasi o ptaptach w głowie, z jej piękna ilustracja odlatujących gęsi. Poprzez czyste skojarzenie, w swojej kolekcji zdjęć odnalazłem lustrzane odbicie jej namalowanego obrazka.



Zawszę podziwiałem wszystkim co z lekkością potrafią używać pędzla i gdyby umiał malować to na pewno bym to uprawiał z pasją. Dlatego dla mnie, fotografia jest zbawieniem, takim wygodnym i łaskawym substytutem, dzięki której mogę malować swoje obrazy, mimo że talentu do ich malowania nie dane mnie było mieć.

niedziela, 18 grudnia 2011

Na wigilijnym stole ...

Podczas studiów, zajęcia z geologii były dla mnie najlepszą pigułką na sen. Pan profesor najczęściej podawał suche fakty o minerałach wyciągając poszczególne próbki ze swoich zaklętych szufladek. Zapewne był On typem kolekcjonara i brakowało jemu charyzmy Indiana Jones, który z geologii zrobiłby podobną przygodę na wzór poszukiwaczy zaginionej arki. Dzisiaj trochę żałuję, że przysypiałem na jego wykładach, bowiem za każdym razem kiedy jestem pośród skalnych tworów to najczęsciej widzę w nich tylko formę czystej abstrakcji :-). Ten rodzaj geologicznej frustracji czasami zaowocuje w postaci kadru, w którym obraz w niczym nie przypomina minerałów z gabinetu Pana profesora.


W tym ujęciu ujrzałem bochenki chleba wypieczone w geologicznej piekarni. Domyślam się, ze żytnią mąkę zastąpił piaskowiec z Arizony a woda poprzez cykle zamarzania i odtajania uformowała ich ksztalt.
Przy okazji nadchodzących świąt, wszystkim życzę świeżo wypieczonego chleba na wigilijnym stole. Żeby święta były bardziej radosne niż wspomniane wykłady z geologii i żeby w każdej zaklętej szufladzie zamiast nudnych minerałów każdy mógł znaleść swój wymarzony podarunek.

czwartek, 8 grudnia 2011

Powroty

Gdzie i kiedy zacząć powrót w Narrows, to dla większości całkiem poważny dylemat. Było tam tak cudownie, że łatwo zapomnieć o wszystkim, a szczególnie o bezwzględnym upływie czasu.



Dla własnego bezpieczeństwa byłem zmuszony zaprogramować godzinę powrotu w komórce. Kiedy ta godzina wybiła, czułem się jakby to był poranny alarm, który przerywa mi sen o baśniowej krainie. Przeszedłem jeszcze kilkanaście metrów, żeby zobaczyć co kryje się za zakrętem. Oczywiście były za nim następne zakręty, których diabelska moc kusiła, żeby iść jeszcze dalej. Kiedy alarm zadzwonił już trzeci raz z trudnością zignorowałem pokusę i zacząłem wracać do wyjściowej bazy w świątyni Sinawava. W ostatniej fazie powrotu szliśmy ponownie razem i wtedy zapadła jednoznaczna decyzja - jutro tutaj wracamy. Szybko pojechaliśmy do Springdale, żeby przedłużyć wypożyczony sprzęt. Kiedy ściągaliśmy buty, po chwilowym doznaniu lekkości nagle zaczynamy zatykać nosy, buzie i staramy się kontrolować odruch wymiotny. Dla mnie to było najintensywniejsze doświadczenie z zapachem, którego odór był potężną dawka niewyobrażalnego smrodu. Jerzy to chyba najlepiej ujął w słowach: "Nie mam pojęcia jak to możliwe, by zdrowe, niegnijące ciało wykręciło taki numer".
Następnego dnia, Bronek i Jerzy z trudem zakładają wciąż mokre i zabójczo smrodliwe skarpety z neoprenu a ja podziwiam ich determinacje z przyzwoitej odległości. Widzac ich trud i poświęcenie poddałem się i wybrałem własne skarpety z wełny oraz suche traperki. Podwiozłem chłopaków, do świątyni Sinawava, którzy w strojach nurka wyruszyli na ponowny podbój Narrows. Ja podążyłem w przeciwny kierunku na podbój bardziej suchych ścian kanionu. Nie ukrywam, że przez pierwsze minuty bardzo tego żałowałem, ale czułem, że za jakiś czas przeżyje deja vu.  Dokładnie tak się stało, bowiem kilka miesięcy później, w sierpniu w towarzystwie Marty i Kuby ponownie miałem ten sam dylemat, w którym miejscu zacząć powrotna drogę z Narrows.


Marta zrobiła tam swoje życiowe zdjęcie, przepięknie oddając prawdziwą atmosferę tego miejsca. Zadbała o wszystkie kluczowe elementy klasycznej kompozycji, pierwszy plan, dynamika, oddanie skali ... O takich kompozycjach zwykłem mówić, że poruszam się po nich bez błądzenia.

Zdjęcie Marty
Kiedy wróciliśmy, dzieciaki zwierzyły mi się, ze, do tej pory to była ich najlepsza wędrówka, która będą długo pamiętać. Z tej drugiej wędrówki do Narrows właśnie to ich zwierzenie utkwi w mojej pamięci na zawsze.