poniedziałek, 31 października 2011

Październikowa śnieżyca

W tym roku zima wyraźnie nie mogła się doczekać, bowiem już w październiku postanowiła przykryć jesienne kolory białą monotonią. Lubie śnieżną zimę ale kiedy pojawia się ona zbyt wcześnie to przybiera postać intruza. Mogę strawić lekki biały puch, niczym słodki puder subtelnie pokrywający szarlotkę, ale to była najprawdziwsza śnieżyca. Śnieg był tak mokry i ciężki, że większość drzew była zmuszona oddać głęboki ukłon, a te które tego nie zrobiły zostały bezwzględnie ukarane. Co chwilę dochodziły nas odgłosy spadających konarów, odgłosy dumy i cierpienia. Kiedy nadszedł wieczór, trzaski pękających gałęzi stawały się jeszcze bardziej makabryczne, to już była masową egzekucja. Trudno było mi spać tej nocy ...


Następnego dnia, z ulgą zobaczyłem jak jesień z godnością wraca do życia. Jej żółte odcienie zaczęły powoli przebijać się ponad biało-srebrzystą powłokę, dając zimie do zrozumienia, iż łatwo jest złamać jednostki ale nie sposób złamać cały las.


Na specjalne życzenie, zamiesćiłem jeszcze jedno zdjęcie :-)

poniedziałek, 24 października 2011

Manna z nieba

Zmiana pogody, a szczególnie moment kiedy nadchodzi front atmosferyczny, to przysłowiowa manna dla tych co fotografują pejzaże. W ostatni poranek w Dolinie Śmierci spadła na nas manna z nieba w postaci bajecznego światła. Jakby tego było mało właśnie w tym momencie ustawialiśmy statywy na Zabriskie Point, czyli tam gdzie zdjęcia każdemu wychodzą nawet w normalnym porannym oświetleniu.
Chmury nad nami galopowały w jakimś szaleńczym wyścigu, ich kolory nasycały się do granic percepcji a dynamika tego zjawiska była po prostu odlotowa.


Zaczyna padać deszcz i  coraz większe krople rozpryskują się na piaskowcu, a wzmagający wiatr nadaje im jeszcze większy impet. Stajemy się naocznymi światkami erozji, widzimy jak rzeźbiarz wydobywa kształty w pustynnej dolinie.


Kiedy zmieniałem obiektyw, wiatr przewrócił mój statyw i na kilka minut zatrzymał moją pogoń za światłem. W tym czasie Jerzy jest w transie. On już nie używa statywu. W jednej ręce trzyma aparat w drugiej filtr połówkowy i co jakiś czas usuwa krople deszczu swoją kultową bandaną. Widząc jego w akcji zamarłem na następne kilka minut, no i manna przestała padać z nieba.
W życiu jest tak, że nie wystarczy jak wszystko ma się podane pod sam nos, trzeba jeszcze umieć to wykorzystać. Jerzy był bohaterem tego poranka, ale cala nasza trójka wracała z uśmiechem na twarzy. W południe pożegnaliśmy Dolinę Śmierci i wyruszyliśmy do Zion, cdn.

piątek, 21 października 2011

Kojot i Steinbeck

Nie jest rzadkością, że na pustyni, szczególnie przy drodze można spotkać kojoty i Dolinia Śmierci wydaje się być rajem dla tych stworzeń. Jednego popołudnia spotkaliśmy kojota, który pięknie komponując się z otoczeniem, zademonstrował nam spektakularny kunszt polowania.


Prawie zapomniał bym o tym wydarzeniu gdyby nie ostatnio czytana książka Steinbeck'a : Podróże z Charleyem, w której autor wyrusza w drogę, w poszukiwaniu prawdziwej Ameryki. Mieszkam w Ameryce już prawie 20 lat i stąd też czytałem tą książkę z dużym zainteresowaniem i zrozumieniem.
Już od pierwszych jej stron poczułem się częścią tej podróży, kiedy Steinbeck opisuje jak wyrusza z Long Island w kierunku Maine, przeprawiając się promem do Connecticut. Właśnie na Long Island poznałem Halinę, dzisiaj moją żonę, tam mieszkaliśmy dwa lata, które zawsze wspominamy z sympatią. Podobnie jak Steinbeck, też wyjeżdżałem z tej wyspy na północ do Maine, z tą tylko różnicą, że nie było mnie stać na prom więc byłem zmuszony jechać ponad 100 km do najbliższego mostu. :-) Trudno było nie polubić tej książki od jej pierwszych stron.
Steinbeck przejeżdżając przez pustynie Mojave napotkał dwa kojoty, które były w zasięgu jego dubeltówki. Był on wytrawnym myśliwym i praktycznie był gotowy oddać strzał, ale tego nie zrobił, pomimo, że przez cale życie miał wpajane, iż kojoty to utrapienie farmerów.
Dla myśliwego powstrzymać się od strzału to tak jak dla mnie powstrzymać się od fotografowania szczególnie w sytuacji, kiedy zwierze pozuje w pięknym świetle. Trudno się kontrolować, będąc w ryzach pasji i nawyku, pomimo tego On podarował życie kojotom i nawet pozostawił im dwie otwarte puszki psiego pokarmu. Zrobił to w zgodzie z chińskim porzekadłem, kiedy podarujesz komuś życie, to stajesz się za nie odpowiedzialny.
Pustynia wyzwala z człowieka jego dobre walory. Utkwiło w mojej pamięci to co napisał Steinbeck, że pustynia to jedno z ostatnich miejsc gdzie człowiek nie jest pasożytem dla drugiego człowieka. Kiedy patrzyłem na swojego kojota, właśnie w tym momencie poczułem prawdziwą pustynie.

środa, 19 października 2011

Spotkanie z grzechotnikiem (Stany cz.8)

Od skrzyżowania czajników do Racetrack dzieliło nas już kilka kilometrów. Dojechaliśmy do celu na dwie godziny przed zachodem, zdecydowanie zostało nam za mało czasu zakładając jak ciekawe i olbrzymie jest to miejsce. Racetrack to wyschnięte jezioro (playa) płaskie jak stół o wielkości 4.5 km na 2 km. Jest wystarczająco duże i kontrastowe, że z łatwością można je zlokalizować na zdjęciach satelitarnych.


Patrząc na załączoną mapę satelitarną, przyjechaliśmy od strony północnej i dalej jechaliśmy wzdłuż zachodniego brzegu. Po naszej prawie stronie, smoliste w kolorze góry, rzucały cień, tak olbrzymi, że momentalnie poczułem ciarki na plecach . Czym szybciej uciekliśmy z mrocznego cienia i z przyjemnością wskoczyliśmy na stół, którego blat to nieskończenie spękana od żaru ziemia.


Rozbiegliśmy się po tym stole w rożnych kierunkach. Każdy z nas miał nadzieje znaleźć jakieś smaczne danie. Mnie trafił się cały bochenek razowego chleba, twardy jak kamień, bowiem przez miliony leżał na tym stole suszony słonecznym wiatrem.


Chwilę póżniej trafił mnie się lepszy kąsek. Idąc, nagle usłyszałem dźwięk, który był tak jednoznaczny, że od razu szukałem pod nogami grzechotnika. Był zwinięty z lekko uniesiona głowa, około dwa metry od prawego buta. Prze kilka minut patrzeliśmy na siebie, po czym grzechotnik się uspokoił, dając do zrozumienia, że jest gotowy na sesje zdjęciowa.


W drodze powrotnej obejrzałem się na odległą południową stronę stołu, która słynie z wędrujących kamieni. Stąd też pochodzi nazwa Racetrack, czyli toru wyścigowego,  tylko i wyłącznie przenaczonego dla kamieni. Na żywo jeszcze nikt nie widział tego wyścigu ale ślady są na tyle ewidentne, że napisano kilka rozpraw doktorskich o tym zjawisku. Z żalem patrzyłem na południe, bowiem wiedziałem, że już nie dojdę to tej części stołu. Robiło się coraz ciemniej i zaczęło tak mocno wiać, ze sam mogłem się stać częścią spektaklu o wędrujących kamieniach.

czwartek, 7 lipca 2011

Czarnooka Zuzia

Rudbekia owłosiona to natywny kwiat Ameryki Północnej, który powszechnie jest znany jako Black-eyed Susan. Jej żółto złociste kwiaty wypełniają latem nie tylko nasze ogrody ale też tutejsze łąki. Kilka dni temu odkryłem łąkę, na której było tysiące czarnookich piękności.


W fotografii często bywa, że ostatni promyk światła jest decydującym elementem w wyborze motywu i tak też się stało na tej łące.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Czajniki z wysokich progów (Stany cz.7)

Krater Ubehebe nas kompletnie pochłonął a przed nami droga do Racetrack, chyba najbardziej tajemnicze miejsce w Dolinie Śmierci. Będziemy mieli do pokonania około 30 km, drogą która przypomina tarkę do prania. O tej drodze, krążą makabryczne historie, z których najbardziej popularne to jednoczesne rozwalenie dwóch opon i myślę, że jest to całkiem możliwy scenariusz.
Zatrzymujemy się w połowie drogi, żeby sprawdzić czy wciąż mamy podwozie ale zamiast inspekcji każdy z nas zaczął fotografować drzewa Jozuego, ktore wg. Mormonów przypominają ręce proroka wyciągnięte ku niebu.


Jeep wreszcie porządnie zakurzony ale najważniejsze, że nic się nie urwało, więc dalej jedziemy do celu. Dojeżdżamy do skrzyżowania czajników (Teakettle junction), miejsce kultowe, w którym czajnik jest na zesłaniu i już nigdy nie zagrzeje wody. Jak to Jerzy ładnie opisał dla naszego czajniczka była to chwila kiedy zadrżał z emocji, ale zesłanie go ominęło i służył nam do końca podróży, żeby ostatecznie zagościć u indianki Navajo z Arizony.


Pośród zesłanych czajników, dwa miały polskie korzenie. Wyróżniały się miedziowym kolorem i porcelanowym uchwytem. Miały coś słowiańskiego w swoim wyglądzie.


Żeby dowiedzieć się kto skazał polskie czajniki na zesłanie, wystarczyło zobaczyć co się kryje pod portalem http://www.wysokieprogi.org/. Okazało się, że rodacy mieszkają w San Diego w Kalifornii i są częścią zorganizowanej grupy „czajnikowych prokuratorów” :-), która zrzesza entuzjastów górskich wycieczek. Na czajnikach widniała data: luty 2010, dzięki czemu dotarłem do zdjęcia, które pokazuje sprawców tego wydarzenia, o tutaj. O tak, swiat jest mały !!!
Zostało nam jeszcze 9 km do Racetrack, dojachalismy tam okolo 17-tej. To co tam zobaczyłem, wyszło daleko ponad moje oczekiwania, ale to już będzie w następnym odcinku ….

czwartek, 30 czerwca 2011

Ubehebe (Stany cz.6)

Spróbujcie wypowiedzieć na głos – jubiihiibii – czy nie brzmi fajnie ? Ubehebe oznacza w jezyku Szoszonow, wielki koszyk w skale i właśnie tak nazywa się jeden z wulkanicznych kraterów w Dolinie Śmierci. Przedtem nigdy nie widziałem żadnego krateru, no może za wyjątkiem tego w Morasku pod Poznaniem :-) Krater z Moraska jest dziełem uderzenia meteorytu natomiast Ubehebe to krater pochodzenia hydro-wulkanicznego czyli gwarantowany przepis na wybuch : na dole gorąca lawa do góry twarda skała a pomiędzy uwięziona woda. Kiedy stałem na obrzeżu Ubehebe wciąż czułem ogrom tego wybuchu. Wnętrze krateru było udekorowane ciepłymi kolorami, którego kształt i struktura do złudzenia przypominało wiklinowy kosz, dokładnie tak jak widzieli to Szoszoni.


Powyżej Ubehebe jest jeszcze jeden krater, który nie dawał mi spokoju, więc postanowiłem tam szybko podejść i zaspokoić ciekawość. Podejście wyglądało na dziecinnie proste, ale silny wiatr zamienił wspinaczkę w 20 minutową mordęgę. Bliźniaczy krater okazał się być nie wart wysiłku, więc z zazdrością patrzyłem na Jerzego i Bronka, którzy 100 metrów niżej rozkoszowali się krajobrazem na zboczach Ubehebe. Szybko do nich dołączyłem i zanim wyruszyliśmy w dalszą drogę chłopaki pozwolili mi skopiować kilka z ich ujęć. Bronkowe kopie są na jego blogu, tutaj.
Przy okazji wyjaśnię na czym polega kopiowanie kadrów w terenie ? Pytam się autora zdjęcia, gdzie dokładnie rozstawił swój statyw po czym szukam trzech dziurek, w które stawiam swój statyw. Kiedy Jerzy kopiuje, postępuje dokładnie tak samo ale zapyta się jeszcze o wysokość rozstawionego statywu, a Bronek wcale nie kopiuje, bowiem jego aparat jest marki Sony i trudno, żeby mógł kopiować to co zarejestruje Canon :-) Kilka dni później Jerzy miał już dosyć papugowania, więc pod pretekstem ułamał jedna nogę ze swojego statywu i od tego czasu miałem problem dopasować trzy nogi do dwóch dziurek. W ten oto sposób nasza technika fotografowania poszła w dwóch rożnych kierunkach. Pod koniec wyprawy statyw Jerzego miał już tylko jedną nogę. Dodam, ze przygoda ze statywem Jerzego jest jak najbardziej prawdziwa. Pozostaje tylko pytanie czy On je świadomie łamał czy one same się łamały, dosłownie paranoja :-)