środa, 16 listopada 2011

Zion Narrows

Tuż za światynią Sinawava, zaczyna się szlak, na którym większość turystów wygląda jakby wyszła na krótki spacer do miejskiego parku. Ale od czasu do czasu mija sie ludzi, którzy ubrani są w dziwaczne stroje, często wodą ociekające. Wypożyczyliśmy podobne stroje i dołączyliśmy do frakcji mokrych turystow. Po nie całych dwóch kilometrach, parkowa aleja doprowadza nas to miejsca, od którego reszta wędrówki już w niczym nie przypomina te, które znamy z chodzenia po typowych górskich i leśnych szlakach. W tym miejscu kończy sie przygoda dla suchej frakcji piechurów, wchodzimy do Narrows, świata zamkniętego pomiędzy dwoma skalnym ścianami, gdzie od ściany do ściany płynie górska rzeka, zwana Virgine. Ściany są prawie pionowe, miejscami sięgające 500 metrów i jeśli chce się zobaczyć dalej położone partie kanionu, przez kilka kilometrów trzeba iść pod prąd we wodzie, której temperatura w listopadzie jest poniżej 10 stopni. W takich warunkach skarpety z neoprenu, specjalne buty i nieprzemakalne spodnie pozowoliły nam w pełnym komforcie cieszyć sie pięknymi widokami. Przez pierwszy kwadrans każdy z nas z obawą myślal o plecakach wypełnionych sprzętem fotograficznym. Przez ten kwadrans najbardziej zestresowany to chyba był Bronek, który dziwgał cenny obiektyw Zeissa. Pożniej zaczeły rozpościerać się przed nami takie widoki, że już nikt z nas nie pamiętał o możliowści utopienia sprzętu. Szczególnie po tym jak magiczne światło przywitało nas już po kilku minutach brodzenia na dnie kanionu.


Od tego momentu każdy z nas postanowił brodzić swoim nurtem z nadzieją, że na wieczność zatrzyma erozję tego miejsca.


Przeżyłem tam wspaniałe chwile, kilka samotnie spędzonych godzin na poszukiwaniu ulotnych egzystencji w Narrows. Juz wkrótce opisze i zobrazuje te chwile w następnym odcinku. Nawet mam juz gotowy tytuł, "Lochy turkusowej rzeki".

czwartek, 10 listopada 2011

Zion i świątynia Sinawava

Przed nami 450 km drogi do Parku Narodowego Zion w południowym Utah. Po drodze uzupełniamy prowiant, i bierzemy upragniony prysznic w jednym z przydrożnych moteli. Tak naprawdę to dopiero pod prysznicem pożegnaliśmy się z Dolina Śmierci spłukując jej ostanie ziarna pustynnego piasku. Od teraz będzie nas pokrywał pył z czerwonego piaskowca, tak bardzo charakterystycznego dla krajobrazów Utah i Arizony. W Zion szybko rozbijamy namioty, wypełniamy żołądki standardową porcją wysuszonej salami po czym wsiadamy do parkowego autobusu, który zawiezie nas do części kanionu zwanej Świątynią Sinawava. Wysiedliśmy z autobusu praktycznie wchodząc do wnętrza samej świątyni, której tajemniczo brzmiąca nazwa, Sinawava była mi raczej obca. Trochę kojarzyła mi się z hinduska kulturą ale tak naprawdę to jej nazwa pochodzi z języka indian Paiute i oznacza, świątynia kojota. Nie ważne jakiego jest się wyznania, każdy widząc to miejsce poczuje się, ze jest w świątyni swojej wiary. Wiele lat temu jeden z indian Paiute pokazał mormonowi ten zakątek i stad już krotka droga do nazwy Zion (Syjon), który dla mormonów oznacza miejsce, w którym ludzie są zjednoczenie i czyści w sercu. Dla innych Syjon to ziemia obiecana, w której Bóg będzie mieszkał ze swoim ludem, więc wychodzi prawie na to samo:-) Myślę, ze architekci kościołów czerpali inspiracje z takich właśnie świątyń jak Sinawava, wyglądającej niczym główna nawa, której charakter nadają wysokie na pól kilometra ściany kanionu. Nie jest to jednak nawa gotycka, bowiem bardziej przypomina ona główna nawę z bazyliki, do której od góry wchodzi ogrom światła. To światło odbija się od ciepłych kolorem ścian powodując, ze Sianawava jest tez świątynia dla fotografów. Na sam dół świątyni kojota dochodzi kilkukrotnie odbite i przefiltrowane światło, boskie światło.


Kiedy Bronek zobaczył to miejsce, cieszył się jak dziecko. Cieszył się, że nie jest już w Dolinie Śmierci, bowiem jak powiedział, tutaj w Zion czuje się życie, tutaj jest przyroda, która go wycisza. Nie cały rok później stałem w tym samym miejscu z Halina i pamiętam pozytywna ekspresje na jej twarzy, dokładnie ten sam rodzaj ekspresji wczesnej widzianej na twarzy Bronka. Od tego momentu Halina jest zauroczona Zion i marzy, żeby tam wrócić. Hmmm, dobrze mieć wspólne marzenia, prawda :-)

poniedziałek, 7 listopada 2011

Tuż za rzeką

Do granicy New Jersey z Pensylwanią mam zaledwie 30 km i często odwiedzam ten region po obu stronach rzeki Delaware. To właśnie tam Washington przekraczał rzekę podczas rewolucji amerykańskiej w dniu Bożego Narodzenia, 1776 roku, celem zaskoczenia Anglików bazujących w Trenton. Dzisiaj są tam małe przeurocze miasteczka, New Hope, Stockton czy Lambertville, które są zamieszkałe przez ludzi z dużym poszanowaniem dla otaczającej przyrody. Z jednej strony sielankowy spokój a z drugiej Nowy Jork i Filadelfia na wyciągniecie ręki, prawie idealne miejsce, żeby zakotwiczyć się na dobre 


Bardzo lubię być tam wcześnie rano, kiedy światło i zapach serwują doskonałe śniadanie, popijane najprawdziwszą kawą, kupioną gdzieś po drodze do Pensylwanii.

poniedziałek, 31 października 2011

Październikowa śnieżyca

W tym roku zima wyraźnie nie mogła się doczekać, bowiem już w październiku postanowiła przykryć jesienne kolory białą monotonią. Lubie śnieżną zimę ale kiedy pojawia się ona zbyt wcześnie to przybiera postać intruza. Mogę strawić lekki biały puch, niczym słodki puder subtelnie pokrywający szarlotkę, ale to była najprawdziwsza śnieżyca. Śnieg był tak mokry i ciężki, że większość drzew była zmuszona oddać głęboki ukłon, a te które tego nie zrobiły zostały bezwzględnie ukarane. Co chwilę dochodziły nas odgłosy spadających konarów, odgłosy dumy i cierpienia. Kiedy nadszedł wieczór, trzaski pękających gałęzi stawały się jeszcze bardziej makabryczne, to już była masową egzekucja. Trudno było mi spać tej nocy ...


Następnego dnia, z ulgą zobaczyłem jak jesień z godnością wraca do życia. Jej żółte odcienie zaczęły powoli przebijać się ponad biało-srebrzystą powłokę, dając zimie do zrozumienia, iż łatwo jest złamać jednostki ale nie sposób złamać cały las.


Na specjalne życzenie, zamiesćiłem jeszcze jedno zdjęcie :-)

poniedziałek, 24 października 2011

Manna z nieba

Zmiana pogody, a szczególnie moment kiedy nadchodzi front atmosferyczny, to przysłowiowa manna dla tych co fotografują pejzaże. W ostatni poranek w Dolinie Śmierci spadła na nas manna z nieba w postaci bajecznego światła. Jakby tego było mało właśnie w tym momencie ustawialiśmy statywy na Zabriskie Point, czyli tam gdzie zdjęcia każdemu wychodzą nawet w normalnym porannym oświetleniu.
Chmury nad nami galopowały w jakimś szaleńczym wyścigu, ich kolory nasycały się do granic percepcji a dynamika tego zjawiska była po prostu odlotowa.


Zaczyna padać deszcz i  coraz większe krople rozpryskują się na piaskowcu, a wzmagający wiatr nadaje im jeszcze większy impet. Stajemy się naocznymi światkami erozji, widzimy jak rzeźbiarz wydobywa kształty w pustynnej dolinie.


Kiedy zmieniałem obiektyw, wiatr przewrócił mój statyw i na kilka minut zatrzymał moją pogoń za światłem. W tym czasie Jerzy jest w transie. On już nie używa statywu. W jednej ręce trzyma aparat w drugiej filtr połówkowy i co jakiś czas usuwa krople deszczu swoją kultową bandaną. Widząc jego w akcji zamarłem na następne kilka minut, no i manna przestała padać z nieba.
W życiu jest tak, że nie wystarczy jak wszystko ma się podane pod sam nos, trzeba jeszcze umieć to wykorzystać. Jerzy był bohaterem tego poranka, ale cala nasza trójka wracała z uśmiechem na twarzy. W południe pożegnaliśmy Dolinę Śmierci i wyruszyliśmy do Zion, cdn.

piątek, 21 października 2011

Kojot i Steinbeck

Nie jest rzadkością, że na pustyni, szczególnie przy drodze można spotkać kojoty i Dolinia Śmierci wydaje się być rajem dla tych stworzeń. Jednego popołudnia spotkaliśmy kojota, który pięknie komponując się z otoczeniem, zademonstrował nam spektakularny kunszt polowania.


Prawie zapomniał bym o tym wydarzeniu gdyby nie ostatnio czytana książka Steinbeck'a : Podróże z Charleyem, w której autor wyrusza w drogę, w poszukiwaniu prawdziwej Ameryki. Mieszkam w Ameryce już prawie 20 lat i stąd też czytałem tą książkę z dużym zainteresowaniem i zrozumieniem.
Już od pierwszych jej stron poczułem się częścią tej podróży, kiedy Steinbeck opisuje jak wyrusza z Long Island w kierunku Maine, przeprawiając się promem do Connecticut. Właśnie na Long Island poznałem Halinę, dzisiaj moją żonę, tam mieszkaliśmy dwa lata, które zawsze wspominamy z sympatią. Podobnie jak Steinbeck, też wyjeżdżałem z tej wyspy na północ do Maine, z tą tylko różnicą, że nie było mnie stać na prom więc byłem zmuszony jechać ponad 100 km do najbliższego mostu. :-) Trudno było nie polubić tej książki od jej pierwszych stron.
Steinbeck przejeżdżając przez pustynie Mojave napotkał dwa kojoty, które były w zasięgu jego dubeltówki. Był on wytrawnym myśliwym i praktycznie był gotowy oddać strzał, ale tego nie zrobił, pomimo, że przez cale życie miał wpajane, iż kojoty to utrapienie farmerów.
Dla myśliwego powstrzymać się od strzału to tak jak dla mnie powstrzymać się od fotografowania szczególnie w sytuacji, kiedy zwierze pozuje w pięknym świetle. Trudno się kontrolować, będąc w ryzach pasji i nawyku, pomimo tego On podarował życie kojotom i nawet pozostawił im dwie otwarte puszki psiego pokarmu. Zrobił to w zgodzie z chińskim porzekadłem, kiedy podarujesz komuś życie, to stajesz się za nie odpowiedzialny.
Pustynia wyzwala z człowieka jego dobre walory. Utkwiło w mojej pamięci to co napisał Steinbeck, że pustynia to jedno z ostatnich miejsc gdzie człowiek nie jest pasożytem dla drugiego człowieka. Kiedy patrzyłem na swojego kojota, właśnie w tym momencie poczułem prawdziwą pustynie.

środa, 19 października 2011

Spotkanie z grzechotnikiem (Stany cz.8)

Od skrzyżowania czajników do Racetrack dzieliło nas już kilka kilometrów. Dojechaliśmy do celu na dwie godziny przed zachodem, zdecydowanie zostało nam za mało czasu zakładając jak ciekawe i olbrzymie jest to miejsce. Racetrack to wyschnięte jezioro (playa) płaskie jak stół o wielkości 4.5 km na 2 km. Jest wystarczająco duże i kontrastowe, że z łatwością można je zlokalizować na zdjęciach satelitarnych.


Patrząc na załączoną mapę satelitarną, przyjechaliśmy od strony północnej i dalej jechaliśmy wzdłuż zachodniego brzegu. Po naszej prawie stronie, smoliste w kolorze góry, rzucały cień, tak olbrzymi, że momentalnie poczułem ciarki na plecach . Czym szybciej uciekliśmy z mrocznego cienia i z przyjemnością wskoczyliśmy na stół, którego blat to nieskończenie spękana od żaru ziemia.


Rozbiegliśmy się po tym stole w rożnych kierunkach. Każdy z nas miał nadzieje znaleźć jakieś smaczne danie. Mnie trafił się cały bochenek razowego chleba, twardy jak kamień, bowiem przez miliony leżał na tym stole suszony słonecznym wiatrem.


Chwilę póżniej trafił mnie się lepszy kąsek. Idąc, nagle usłyszałem dźwięk, który był tak jednoznaczny, że od razu szukałem pod nogami grzechotnika. Był zwinięty z lekko uniesiona głowa, około dwa metry od prawego buta. Prze kilka minut patrzeliśmy na siebie, po czym grzechotnik się uspokoił, dając do zrozumienia, że jest gotowy na sesje zdjęciowa.


W drodze powrotnej obejrzałem się na odległą południową stronę stołu, która słynie z wędrujących kamieni. Stąd też pochodzi nazwa Racetrack, czyli toru wyścigowego,  tylko i wyłącznie przenaczonego dla kamieni. Na żywo jeszcze nikt nie widział tego wyścigu ale ślady są na tyle ewidentne, że napisano kilka rozpraw doktorskich o tym zjawisku. Z żalem patrzyłem na południe, bowiem wiedziałem, że już nie dojdę to tej części stołu. Robiło się coraz ciemniej i zaczęło tak mocno wiać, ze sam mogłem się stać częścią spektaklu o wędrujących kamieniach.