Patrząc na załączoną mapę satelitarną, przyjechaliśmy od strony północnej i dalej jechaliśmy wzdłuż zachodniego brzegu. Po naszej prawie stronie, smoliste w kolorze góry, rzucały cień, tak olbrzymi, że momentalnie poczułem ciarki na plecach . Czym szybciej uciekliśmy z mrocznego cienia i z przyjemnością wskoczyliśmy na stół, którego blat to nieskończenie spękana od żaru ziemia.
Rozbiegliśmy się po tym stole w rożnych kierunkach. Każdy z nas miał nadzieje znaleźć jakieś smaczne danie. Mnie trafił się cały bochenek razowego chleba, twardy jak kamień, bowiem przez miliony leżał na tym stole suszony słonecznym wiatrem.
Chwilę póżniej trafił mnie się lepszy kąsek. Idąc, nagle usłyszałem dźwięk, który był tak jednoznaczny, że od razu szukałem pod nogami grzechotnika. Był zwinięty z lekko uniesiona głowa, około dwa metry od prawego buta. Prze kilka minut patrzeliśmy na siebie, po czym grzechotnik się uspokoił, dając do zrozumienia, że jest gotowy na sesje zdjęciowa.
W drodze powrotnej obejrzałem się na odległą południową stronę stołu, która słynie z wędrujących kamieni. Stąd też pochodzi nazwa Racetrack, czyli toru wyścigowego, tylko i wyłącznie przenaczonego dla kamieni. Na żywo jeszcze nikt nie widział tego wyścigu ale ślady są na tyle ewidentne, że napisano kilka rozpraw doktorskich o tym zjawisku. Z żalem patrzyłem na południe, bowiem wiedziałem, że już nie dojdę to tej części stołu. Robiło się coraz ciemniej i zaczęło tak mocno wiać, ze sam mogłem się stać częścią spektaklu o wędrujących kamieniach.













